Notatki emeryta

S
STAŁO SIĘ CO STAĆ SIĘ MIAŁO

Premia dla LEWICY za jej odpowiedzialną jedność i za zapowiedź jej utrzymania. Także, choć słabo zarysowaną, demokratyczną alternatywę. Ale to tylko, wedle aktualnej prognozy 12%. Ten wynik, i przede wszystkim zgodne współdziałanie w kampanii, otwiera perspektywę. Ale wciąż daleko poniżej możliwości. Za mało, jak na polską potrzebę, jak na europejskie standardy, jak na potencjał. Lewica wciąż wewnętrznie słabiutka, nadwiślańska, etatystyczna, zanurzona głęboko w zaprzeszłym czasie. LEWICA mogłaby stać się partią młodych. Do tego trzeba jednak więcej biglu, odwagi, prostoty. Przyczółek, całkiem solidny, jest. Muszą intensywnie i zgodnie pracować, by wyjść z niego mocnym atakiem ku nowoczesności. Nie w gębie, lecz w organizacji państwa, strukturze jego instytucji, otwartości na nowe, europejskości. Nikt jak lewica jest predysponowana do uczynienia państwa i jego instytucji pomocnymi dla obywateli. I na autentyczne wykorzystanie energii, inicjatywy, pomysłowości samych obywateli. Oczywiście musi być pierwszym adwokatem świeckiego charakteru państwa. Równości praw i zobowiązań oraz promocji równości możliwości. Ale to jest jedynie możliwy wybór przyszłości, niestety nie teraźniejszość. Stąd wciąż duopol. Choć lekko zachwiany słabością Koalicji Obywatelskiej.

Kara dla KOALICJI OBYWATELSKIEJ. Za nijakość i za niezrozumienie prostej rzeczy: coś i ktoś doprowadził do tego, że partia polskiego piekła PiS z przybudówkami, górą. Ktoś doprowadził do tak wielkiego braku wyobraźni tak wielkiej liczby wyborców. Ktoś przegrał tak bardzo, że żadna z kompromitacji ZJEDNOCZONEJ PRAWICY nie przeważyła szali. Historia PO i PiS w wielu, zdecydowanie w za wielu sprawach była wspólna. Kobiety, Kościół, IPN, WSI, „Żołnierze Wyklęci”, partyjniactwo, kolesiostwo, długoletni wspólny front wobec daleko bardziej demokratycznej i idącej bardziej zdecydowanie ku europejskim standardom LEWICY. Rowy, nie tylko pośród profesjonalnych polityków, lecz wśród ich wyborców kopane były z nie jednej tylko strony. Owszem, w dziedzinie praworządności nie ma co porównywać z PiS-em, ale nijakość, kunktatorstwo, intelektualne lenistwo Platformy zakotwiczają jej możliwości co najwyżej w wyższych stanach średnich. 27% w prognozie pokazuje tę prawdę. Platforma nie skorzystała z ośmioletniej szansy uobywatelnienia państwa. Platforma nie zrobiła wystarczająco w sprawie społecznego wykluczenia. Nie rozliczyła z porażki w prezydenckich wyborach 2015. Myśleli wtedy zapewne: pewne zwycięstwo, lecz nich ten Komorowski nie urośnie za bardzo. Nie rozliczyła rządów PiS, nie wytłumaczyła się z tego zaniechania. Nie wykorzystała politycznego potencjału Komitetu Obrony Demokracji. Zaniepokojona była raczej jego rozwojem niż zachwycona obywatelskim potencjałem. Różnica, w tak ostrym sporze jak u nas, gdzie gra wciąga wyborców na pole symboli, które zastępują realne interesy a nawet wartości, ma znaczenie. Tym bardziej jeśli właściwie nikt - ani PiS, ani KO-PO, ani SLD - wiele do powiedzenia wobec konkretnych wyzwań wobec ściśle określonych wyzwań nie ma. Ani w domenie organizacji promocji zdrowia i jego ochrony. Ani w kwestii budowania wartości kapitału ludzkiego. Ani w kwestii organizacji działalności kulturalnej, jej finansowania, wspierania talentów a przede wszystkim powszechności dostępu. Nie wspominając gospodarki przestrzenią publiczną, czy zagrożeń klimatycznych. Do dzisiaj Platforma nie zainicjowała poważnej debaty publicznej w kwestii przystąpienia Polski do strefy Euro w sytuacji, gdy na naszych oczach ta sprawa staje się narzędziem podziału Unii Europejskiej. Ogólniki, ogólniki, ogólniki. Reaktywność. Brak własnych tematów i własnego języka. Emocje tłustych karpi w głębokim deficycie tlenowym. Wielkiemu cywilizacyjnemu i prawdziwemu zagrożeniu przeciwstawiona minimalistyczna koalicja. Niewiarygodni we własnym elektoracie nie mają szansy zwyciężyć tam, gdzie trzeba mieć poparcie nie tylko własnych wyborców. W takich właśnie okolicznościach i tak dostali dużo.

PSL był w trudnej sytuacji. Sprytne zagranie PiS-u, który narzucając na starcie kampanii temat LGBT postawił lidera ludowców w beznadziejnej pozycji godzenia światłości jego umysłu i osobistej kultury z wybitnie konserwatywnym zapleczem wysadził w powietrze nadzieję na WIELKĄ KOALICJĘ DEMOKRATÓW. I doprowadził w konsekwencji do wyborczego sojuszu z odchodzącym w polityczny niebyt Kukizem. Może jakieś socjologiczne badania wyjaśnią kiedyś sens tego dziwacznego związku, mnie zdaje się, że PSL tyle na nim zyskał, co stracił. Jest to związek partii o szybko topniejącym w wyniku gospodarczych i społecznych przemian elektoracie z ludźmi jednorazowego wyboru. Nie otwiera nowej nadziei. Na marginesie zdumiewa mnie mechanizm utraty jakiegokolwiek znaczenia człowieka, który cztery lata temu uzyskał 21% głosów w wyborach prezydenckich. Pokrzykiwanie Kukiza na PiS i deklamacje Kosiniaka-Kamysza, że jest w Centrum (w czasie głębokiej polaryzacji wyborców) nie przysłonią tego, że ersatz to nie oryginał. W wyborach trzeba kogoś reprezentować. 10% w tej sytuacji to dużo więcej niż się spodziewałem. Za mało by być z poważnym przekazem do polityki. Zobaczymy jeszcze strukturę posłów. Ile z PSL, ile od Kukiza. To będzie miało znaczenie.
Wielkie napięcie 2016 roku, epopeja KOD-u, wielkie, jak na Polaków (to nie jest komplement dla mojej nacji) marsze i wiece, potencjał obywatelskiego poruszenia za sprawą nijakości szerokiego kręgu liderów ruchu obywatelskiego i cwaniactwa Schetyny rozpłynął się. Nie wzmocnił ani PO, ani PSL. Nie przyczynił się też do powstania WIELKIEJ KOALICJI DEMOKRACJI. Współczesne pokolenie polityków nie popisało się.

KONFEDERACJI opłaciła się decyzja śmiała i ryzykowna - skrajnie liberalna oferta. Wyraźnie różna od kampanijnych opowieści pozostałych czterech ogólnokrajowych komitetów wyborczych. Jest obszerny margines ludzi - niespecjalnie politycznych, ale wierzących, że państwo nie jest im jakoś specjalnie potrzebne. Wielu zrobiło zresztą wiele, by bardzo wielu mogło tak uważać. Doskonałe ukrycie w kampanii KONFEDERACJI licznych na jej listach nacjonalistycznych i homofobicznych troglodytów to sztuczka nie lada. Dobrze odrobiona lekcja z kampanii PiS-u. Nie jestem do końca pewny - głosując dziś przejrzałem wszystkie pięć list. Nazwisko Bosaka, który reprezentował KONFEDERACJĘ w przedwyborczej debacie TVN24 odnalazłem, wydaje mi się, na warszawskiej liście PiS*. Jeśli się nie pomyliłem, to prawdziwy rekord absurdu i manipulacji wyborcami. Większy niż ten jego wolnościowy, superliberalny przekaz. Jak widać, opłacalny. 6% to wynik dla komitetu skrajnych i wcale nie liberalnych środowisk, przy PiS-ie zagospodarowującym jak mogłoby się zdawać pełne spectrum środowisk politycznie skrajnych i autorytarnych, dobry. Zamyka też jakiekolwiek marzenie o odsunięcie PiS-u przez obóz demokratyczny.


Wygrała ZJEDNOCZONA PRAWICA.
Zdania banalne mają swoją wartość. A jeszcze rok temu opozycja, specjalnie Platforma, uznałaby taką prognozę sformułowaną przez kogoś o mojej biografii i światopoglądzie za skrajnie wypraną z odpowiedzialności, za sianie niepotrzebnego defetyzmu, markotność i dąsy emerytowanego demokraty. Taka prognoza była dla mnie oczywista. Jeśli się wahałem, to raczej, że oceniam nazbyt optymistycznie. Kiedy w 2015 pisałem o konieczności zasadniczej odnowy, wspólnej listy obrońców demokracji, nowym pomyśle na wyłonienie przywództwa przez obywateli-wyborców zamiast jaśnie państwa przewodniczących nie wydawało się to czystą fantazją. Kiedy w 2016 wzywałem do merytorycznego, programowego wsparcia KOD-u, który w jakimś stopniu tworzył namiastkę społeczeństwa obywateli w słabo obywatelskiej Polsce nikt właściwie ze znanych z imienia i nazwiska polityków PO nie oponował. Włazili na trybuny KOD-u, przyklejali się do protestów ulicznych, udawali pełne otwarcie dla demokratycznej zmiany. W 2017 było już jasne, że kamienie spadły im z serc. Chcieli zmiany, ale w sensie zamiany. Zamiast PiS - PO. Słowa o Służbie Cywilnej nie pisnęli. Ani o prawnych i finansowych regulacjach aktywności partii politycznych. O przestrzeni programowej wspomniałem. Kłamstwo historyczne wokół tzw. Żołnierzy Wyklętych - proszę bardzo. Zero pomysłów na rozwiązania realnych wielkich zagrożeń w najważniejszych dziedzinach życia Polaków. Ple, ple o zdrowiu. Pełne gęby wody o Kościele i o wartości republikańskiego charakteru demokracji. Jak najbliżej PiS-u. Zapewnimy wszystko co oni dali, i jeszcze dodamy. Euro - jakie Euro? Nawet w ostatnich tygodniach nudnej kampanii gołosłowie w tej jednak fundamentalnej dla przyszłości Polski sprawy. Z takim przywództwem i z tą historią minionych kilku lat, a także z masą urzędników z partyjnego nadania jako osobowym rdzeniem partii spodziewać się lepszego wyniku było objawieniem myślenia życzeniowego.


ZJEDNOCZONA PRAWICA wygrała najpierw dlatego, że ma za sobą, za tym co czyni, za tym co mówią jej liderzy większość. Po prostu. Udanie sprawia wrażenie partii idei. A, że to kłamstwo nad kłamstwami, to inna sprawa. Istotne jest, że przerażającej diagnozie przyszłości Polski jako państwa i Polaków jako społeczeństwa i w życiu indywidualnym, nie towarzyszyły porównywalnie radykalne działania w celu odsunięcia od władzy tych, którzy obracają wielki sukces Polski i Polaków w wielką i wcale nie piękną katastrofę.
W czerwcu i w lipcu tego roku, kiedy czas do dzisiejszych (13. października, oczywiste było, że partia rządząca i bogata wybierze możliwie najszybszy termin wyborów) właściwie każdy moja pisemna wypowiedź o niestosownej wobec powagi wyborczego wyzwania postawie kierownictwa Platformy komentowany był jako pomocnictwo w spełnieniu się złej przepowiedni, sianie defetyzmu, krytykanctwo. Nie jestem aż tak bardzo zarozumiały bym przyjął, że ja, polityczny emeryt, siedzący sobie gdzieś cicho w swoim fejsbukowym kąciku mogę czemukolwiek zaszkodzić. Ale jednak, z ostrożności, po to najpierw by nikt, a już na pewno jakiś platformiany półgłówek nie mógł zasadnie dla wytłumaczenia swego lenistwa, egoizmu, braku wyobraźni, interesowności i innych mało chwalebnych atrybutów swego „politycznego” jestestwa użyć mnie, i tego co o nim piszę jako swego alibi, zawiesiłem to pisanie. I poza dwoma delikatnymi zresztą przypadkami niekonsekwencji w realizacji tej zapowiedzi omijałem wielkim łukiem Platformę. Zapowiedziałem jedynie, że odezwę się zaraz po. Tekstem właściwie tym o to, pisanym w myślach długo przed wyborami. Przynajmniej od początku 2017 roku.


Choć przyczyny tej porażki mają o wiele starsze korzenie. Jej gleba to niegdysiejszy, gdzieś do 2008 roku bezwstydny swoją bezmyślnością neoliberalizm. Wiara, że skoro ja, przecież wiem, że nie specjalnie wybitny, jestem posłem, senatorem, wojewodą, premierem, ministrem, albo ważnym działaczem, politykiem, to przecież droga otwarta dla każdego. Kto sobie nie radzi, ten sam sobie winny. Kapitał ludzki - a co to jest kapitał ludzki? Przeświadczenie, że skoro woda się podnosi, to wszystkie łodzie wraz z nią. Otóż te, które stoją na sztywnej kotwicy - topią się. O niwelowaniu różnicy pisałem.


Tak, jak Prawo i Sprawiedliwość nie znaczy ani prawo, ani sprawiedliwość tak Platforma Obywatelska wcale nie znaczy obywatelska. Początek polskiego dramatu lokuje gdzieś w okolicach 2005 roku. Premier z Krakowa, koncepcja ¾ czyli faktycznego wykluczenia z polityki lewicy i chmary chłopców w krótkich majtkach spoconych w pogoni za władzą. Polityka sprowadzona do zagadnienia zdobycia i utrzymania władzy. „Narodowa” hucpa. Pisanie historii ad usum delfini. Omijanie rzeczywistych wyzwań. Schlebianie wyborcom. Wpatrywanie się w słupki notować. W to co „bierze”, a co „Nie bierze”.


Ale przede wszystkim miałkość tej naszej polityki. Nie wie po co jest, nie formułuje strategicznych celów, nie zna pojęcia kontynuacji a nawet współpracy władzy i opozycji tam, gdzie ludziom normalnym konieczność i sens współpracy zdają się oczywiste. Owszem, łączyli się, ale bez wyjątku właściwie w kwestiach załganych symboli, albo potrzeby zidentyfikowania jakiegoś wroga. PiS jest zresztą mistrzem w tworzeniu sytuacji „moralnie” wymuszonej jedności. Nie za intensywnie zajmuje ją demokracja rozumiana jako możliwie największy udział obywateli. U nas więcej teatru demokracji, niż samej demokracji. Toleruje brak równości w wielu dziedzinach, ale najbardziej w kwestii płci. W zasadzie nie robi nic w tej tak bardzo wskaźnikowej dla jakości życia wszystkich obywateli kwestii. Ale też w odniesieniu do spraw materialnych. Od samego początku transformacji świadomie, choć zapewne z różnych motywacji, pomija kompletnie dla dobrostanu i dla pozycji konkurencyjnej Polski fundamentalną - kapitał ludzki. Przy wielkim i źle opłaconym wysiłku setek tysięcy nauczycieli utrzymuje podstawy programowe właściwe epoce uprzemysławiania. Tu jesteśmy w XIX wieku. W końcu nie tyle lekceważy, co nierozpoznaje znaczenia zaufania dla władzy i dla instytucji państwa. Ciekawe, że nawet lewica, dla której powinny to być zagadnienia pierwszoplanowe, nie zajmuje się nimi. Wobec Europy i wobec Świata mamy politykę reakcyjną. W żadnym dosłownie temacie nic sami nowego i istotnego nie proponujemy. Reagujemy, mało profesjonalnie, późno i jakby pod przymusem wezwania na to, co proponują nasi międzynarodowi partnerzy. Jesteśmy zagubionym gdzieś we wschodnioeuropejskich bagnach zaściankiem. Organizacyjnym i mentalnym. Polityka, dla której właściwie istotny jest wyłącznie czas przyszły tkwi głęboko w przeszłości. Te deficyty: celowości, demokracji, solidarności, kapitału ludzkiego i zaufania prowadzą dokładnie tam, gdzie właśnie jesteśmy. Demokracja w okolicznościach braku elementarnej i powszechnej wiedzy jak jej używać jedynie cudem przynieść może stabilny dobrostan.
Redukcji polityki do kwestii zdobywania i utrzymywania władzy oraz jej żenującej nijakości wtórują mainstreamowe media. Może jedynie TOK FM się wyłamuje. Gazeta niekiedy. Dla wszystkich jednak lewica, to złodzieje, kretyni, pogrobowcy Stalina. Polityka z głową odwróconą do tyłu. Alianse są przeważnie sentymentalne, do których dopisuje się quasi merytoryczne programy. Brak szacunku dla poprzedników, brak długookresowych, stabilnych polityk. Świat budowany wciąż od nowa.

Kampania nie była brutalniejsza niż codzienność. Była nudna, wyzbyta z emocji. Brak interesujących treści. Co najwyżej: DOSYPAĆ MILIARDY. Tu, tu, tu i tam. Prawdziwie NIKT nie powiedział skąd. Poza Grzegorzem Kołodko, który zaskakująco zapytał się: szykujemy się na jakąś wojnę? Realnie nam zagraża? Ale on nie startował.
Partyturę kampanii napisał PiS. Kościół instytucjonalny, szczególnie biskupi, ci przynajmniej, którzy się politycznie angażują, stał się biurem propagandy partii piekła. Najważniejszej partii opozycji zabrakło odwagi, by powiedzieć: NIE MA NA TO ZGODY! Ale i lider lewicy pośpiesznie deklarował: nie będziemy walczyć z Kościołem. Gdyby jedni i drudzy mówili głośno, co szepczą przy winie może przegraliby bardziej, choć to trudno wyobrażalne. Świadectwo ma znaczenie większe niż liderom polskiej polityki się zdaje. Kwestia wiarygodności. A woluntaryzm, teraz odnoszę się do kwestii finansów publicznych, z reguły kończy się katastrofą, a przynajmniej głębokim kryzysem. Gwarancje opozycji wobec PiS, że damy, co PiS daje i jeszcze więcej, specjalnie jeśli dawane przez wybitnego polityka, znanego ze swej odpowiedzialności, ekonomisty przywołują pamięć słów Lecha Wałęsy z czasu Wielkiej „Solidarności”: „Czy żeście szaleju się napili?”
A więc wielki sukces PiS. Nie ma większości konstytucyjnej, ale być nie mogło i ona potrzebna jedynie dla legitymizacji w Unii. W Polsce do niczego PiS-owi, jak udowodnił w minionej kadencji, nie jest potrzebna.


Nie koniecznie będzie brutalniej. Brutalność codzienności wyczerpała jak myślę, na razie przynajmniej, wyobraźnię polityków partii polskiego piekła. Przypuszczam, że tej brutalności, której sam był animatorem a jest mistrzem, zaczyna się obawiać. Rów, który wykopali między ich wyborcami a resztą świata i coraz gęściej występujące akty niewyobrażalnej dotąd agresji mogą obrócić się przeciwko nim samym. Kaczyński musi wiedzieć, że to na czym stoi jego partia: kłamstwo i bezprzytomne rozdawnictwo napinają tę pseudo polską, pisowsko-nacjonalistyczną bańkę do granicy wielkiego buuuum!


Mógł mówić: jest dobrze, dotrzymujemy obietnic, nie macie powodu nam nie wierzyć, dawne elity wmawiały wam, że są granice: gospodarcze, budżetowe, europejskie, których nie można bezkarnie przekraczać. Ja to myślenie znam. Dobrze pamiętam konflikt bydgoski w marcu 1981 i przekonanie większości komisji krajowej „Solidarności”, że nie ma limitów. Zasoby nie są niewyczerpane. Okoliczności zmuszają do myślenia. Trwoga za progiem. Większość Unii ma nas dość. Już nie tylko Niemcy i Francja, której prezydent mówi jasno i wprost, ale też Hiszpania, Włochy i Grecja - za sprawą wokół wyzwania migracyjnego i europejskiej solidarności. Stajemy się nieobliczalni i nieprzewidywalni. Niegrzeczni. Nieprofesjonalni. Niekompetentni. Wymyślili sobie sojusznika od serca - Amerykę. Nie każdą, Amerykę Trumpa. Ona też stała się nieprzewidywalna. Zaleciłbym naszemu mędrcy analizę tego przypadku. Nie sądzę, by Czaputowicz, czy Waszczykowski są w stanie dostarczyć mu wartościowej ekspertyzy.

Polacy wybrali. Będzie katastrofa. Jedyną niewiadomą jest czas jej objawienia Polakom. Sami sobie tę perspektywę wybraliśmy.


Bardzo gorzka moja satysfakcja. Stało się to, co od pięciu lat konsekwentnie pisałem. I za co obrywałem po uszach. Na kartce zapisałem sobie przewidywane od miesięcy wyniki. PiS i PO dokładnie tak, jak sobie napisałem. SLD odjąłem w swojej prognozie 1%. Podobnie jak Konfederacji. Przewidywałem 11 i 5%. Pomyliłem się wobec PSL, dawałem im 6, mają 10. Według prognozy exit-poll.

I jeszcze jedno. Dziś odnosimy się do prognozy, a nie samego wyniku. Warto odnotować, że PiS i Konfederacja razem mają równe 50%, tyle samo co suma PO, Lewica i PSL.

Czy zatem ich liderzy nie opuścili polskich demokratów?

Dlaczego nie wypracowali wspólnej listy demokracji?

 

 

 

 

 

* Sprawa wyjaśniła się już po publikacji tekstu - Krzysztof Bosak reprezentował Konfederację jako jedynka w Kielcach, w okręgu warszawskim z listy PiS startował kandydat o tym samym imieniu i nazwisku.


Notatki emerytowanego demokraty, 13.10.2019r.